Rozrywka

  • 10 kwietnia 2023
  • 11 kwietnia 2023
  • wyświetleń: 5988

Śmierć wyspy - recenzja człowieka stąd

W środę 5 kwietnia odbyła się długo wyczekiwana premiera filmu „Śmierć wyspy. Bielitz-bialaer Sprachinsel”. Seans zgromadził już pierwszego dnia ponad 1200 osób. Oczom widzów ukazała się produkcja, której realizacja trwała 10 lat. Niewątpliwie był to historyczny moment dla kina Helios, gdyż tego dnia udostępniono w ramach Kina Konesera aż 6 sal!

Seans filmu Śmierć wyspy
Seans filmu Śmierć wyspy · fot. Kamil Czaiński


Film w swoim założeniu miał przedstawić historię Niemców, którzy jako autochtoni zamieszkiwali tereny tzw. niemieckiej wyspy językowej do 1945 roku. Poruszono w nim wątek początków miasta, zaproszonych na te tereny niemieckich osadników na przełomie XII i XIII wieku, a następnie temat ludności żydowskiej, życia w koegzystencji i narastających nacjonalizmów. Mrok dwudziestolecia międzywojennego wieńczył początek wojny, będący zarazem początkiem końca Bielska, znanego wszystkim sprzed jej wybuchu. Najpierw w 1939 ludność polska i żydowska, a w 1945 niemiecka opuściły miasto, niemal nieodwracalnie zmieniając jego charakter.

Realizacji projektu podjęła się grupa pasjonatów. Wszystko zaczęło się 10 lat temu, gdy reżyser Dariusz Tomalak wpadł na pomysł, by przybliżyć ludziom temat tabu, jakim niewątpliwie jest niemiecka przeszłość Bielska i okolic. Udało się przez ten czas zgromadzić 36 godzin materiału, składającego się z różnych ciekawych ujęć archiwalnych oraz wywiadów z przedstawicielami bielskich Polaków, Niemców oraz Żydów. Wydawać by się mogło, że film w końcu dotknie tematu, który jest popularny na terenie Górnego Śląska i zapisał się na kartach historii jako Tragedia Górnośląska. Czy tak się jednak stało?

Po obejrzeniu filmu czuć wyraźny niedosyt. Tytułowa „śmierć wyspy” jakoby nie następuje. Albo następuje, ale ciężko odnaleźć w nim informacje na czym ona w ogóle miała polegać. Całość bowiem jest pozbawiona spójnej narracji. Nie ma nikogo, kto prowadziłby widza przez temat nakreślając kolejne fakty i dochodząc do tytułowego meritum. Jest za to sporo różnych wywiadów, które przedstawiają pewien zarys historii miasta. Chociaż udało się dotrzeć do Niemców, którzy wywodzą się z bielskiej wyspy językowej i opuścili ją w 1945 r., stanowią oni wyraźną mniejszość w produkcji. Cały czas podkreśla się, że jeszcze w latach 30. Ponad 50% mieszkańców Bielska było Niemcami, jednak w wywiadach występują głównie Polacy.

Prowadzi to w pewnym momencie do mocno zakrzywionego obrazu, który niestety takim pozostaje poprzez przyjętą przez występujące osoby narrację. W ten oto sposób mamy chociażby wywiad z Jackiem Kachelem, który słusznie opowiada o problemach Polaków przed 1918 rokiem. Jednocześnie w swojej wypowiedzi opowiada o polskim żywiole narodowym podpierając się Łodygowicami, które w skład bielskiej wyspy językowej faktycznie nigdy nie wchodziły. Tymczasem ówczesne wsie, które dzisiaj stanowią dzielnice miasta, takie jak Kamienica, Komorowice czy Hałcnów, a także miejscowości jak Międzyrzecze czy Jaworze zostały potraktowane bardzo marginalnie, czasem wręcz pominięte.

Bardzo mocno rzuca się w oczy udział społeczności żydowskiej w filmie. Jest to zabieg godny pochwały, bowiem dotknięto kwestii identyfikacji wyznawców religii mojżeszowej, która jest bardzo trudna do zrozumienia i pod wieloma względami niejasna. Zamysł ten jednak rozrósł się do tak dużego materiału, że przysłonił mocno główny tor filmu. Momentami odnosi się wrażenie, że materiał jest poświęcony głównie społeczności żydowskiej, a nie niemieckiej.

Okres PRL spowodował duże szkody, jeśli chodzi o wizerunek typowego Niemca. Negatywnie wpłynęło to także na Niemców, którzy przed wojną byli obywatelami II RP i zamieszkiwali na terenie Bielska. Twórcy filmu stanęli przed szansą odczarowania tej czarnej legendy, jednak udało im się ją wykorzystać tylko częściowo. Pomijając poszczególne wypowiedzi, które odnosiły się do życia codziennego Niemców, Polaków i Żydów, mamy przede wszystkim odniesienie do ówczesnej polityki. Tutaj pojawiają się pewne nieścisłości, czasem niedopowiedzenia, nierzadko skróty myślowe. Niektóre wątki, choć cenne, zostały całkowicie pominięte.

I tak oto widzowie dowiadują się w filmie o polityce germanizacyjnej Marii Teresy już w XVIII wieku. Należy jednak mieć na uwadze, że XVIII-wieczna rzeczywistość znacząco różniła się od współczesnej. Wydawać się to może oczywiste, jednak nie do końca takie jest. W 1848 roku dopiero następuje Wiosna Ludów. To od tego momentu w społeczeństwie rodzi się myśl narodowa w oparciu o wartości, które współcześnie rozumiemy. W XVIII wieku kryteria były całkowicie inne i ciężko faktycznie porównywać ideę Marii Teresy do germanizacji, która miała miejsce po Wiośnie Ludów.

Kolejną kwestią są właśnie sprawy narodowe od połowy XIX wieku do końca I wojny światowej. Rosnąca fala nacjonalizmu powoduje, że pojawiają się pierwsze tarcia na tej płaszczyźnie pomiędzy ludnością niemiecką i polską. W filmie otwarcie mówi się o ograniczonych prawach Polaków. Są to fakty znane z bielskiej historiografii, jednak brakuje istotnych dla pełnego obrazu elementów. Nie było na przykład wzmianki o tym, że ks. Stojałowski zakłada w 1902 roku Dom Polski. Wspomina się jednak, że polskość rozkwitała na wsiach, gdzie paradoksalnie, bielskie zakazy działały na korzyść jej rozwoju. Wspomina się też między innymi o kołach Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Tu tak naprawdę pojawiła się pierwsza okazja do dyskusji. Dlaczego Niemcy tak bardzo zwalczając polskość w mieście, pozwolili na powstanie takiej instytucji jak Dom Polski w niemieckim Bielsku, a nie Białej? Dlaczego wiedząc jakie nastroje panują w mieście, Polacy będący absolutną mniejszością decydują się na uroczystości patriotyczne w niemieckim Bielsku? Ani tych pytań, ani tym bardziej odpowiedzi na nie, nie można odnaleźć w filmie. Jest natomiast jednoznacznie negatywna postawa bielskich Niemców wobec Polaków.

W następnej kolejności przedstawione jest dwudziestolecie międzywojenne. W tym momencie narracja pozostaje utrzymana w podobnym tonie. Nieliczne fragmenty świadczą o tym, że ludzie nie żyli wyłącznie polityką, wobec czego kontakty międzyludzkie bywały poprawne. O pierwszych niesprawiedliwościach, z którymi w tym okresie spotkała się mniejszość niemiecka opowiedział jedynie Konrad Korzeniowski. Reszta płynnie kontynuowała historię narastającej wobec siebie niechęci. Nie było słowa o rozmontowaniu przez polskie władze, demokratycznie wybranej rady miasta, do której dokooptowano skrzydło narodowe. Nie było rozwiniętego wątku polityki sanacyjnej, która przez ciężary narzucane na członków mniejszości powodowała ich radykalizację. Działalność burmistrzów takich jak Kuno de Pongratz, polityków formatu gorliwego antynazisty dr. Eduarda Panta czy opresyjny momentami charakter rządów wojewody Michała Grażyńskiego zostały pominięte. Nie pominięto za to sylwetki Rudolfa Wiesnera, którego znaczenie wzrosło dopiero w latach 30. Wiesner odpowiedzialny za powstanie Partii Młodoniemieckiej o charakterze nazistowskim, został mianowany senatorem RP z nadania prezydenta Polski Ignacego Mościckiego. Zupełnie odwrotnie do swojego rywala Panta, który mandat senatorski uzyskał w sposób demokratyczny. Takie podejście do tematu utrwaliło faktycznie czarną legendę, zamiast przedstawić pluralizm i rzeczywiste zróżnicowanie w niemieckiej społeczności Bielska. Zróżnicowanie natomiast zostało przedstawione w kontekście społeczności żydowskiej.

Następną kwestią, która została dość powierzchownie dotknięta to Volkslista. Niewątpliwie wiele osób mogło kierować się wymiernymi korzyściami z tytułu jej podpisania, ale… no właśnie. Podpisania. Procedury związane z Volkslistą nie sprowadzały się do tego, iż każdy wedle uznania podpisywał ją lub nie. Sam proces polegał na weryfikacji, która zwieńczona była arbitralną decyzją urzędnika. Ten natomiast sam, na podstawie dostępnych dokumentów, przyznawał konkretną kategorię. Należy mieć na uwadze, że wówczas biskupem katowickim był bp Adamski, który apelował o roztropność do swoich rodaków, uznając, że życie jest najwyższą wartością i trzeba dostosować się do realiów, w których żyli. Nie była to zatem kwestia wyłącznie wymiernych korzyści i sumienia każdego z ówczesnych mieszkańców. Co do bielskich Niemców natomiast, byli oni wcześniej obywatelami II RP, jednak narodowości niemieckiej i siłą rzeczy taką też narodowość utrzymywali w ramach III Rzeszy, co wydaje się być logiczne. Szkoda, że nie zostało to podkreślone, albowiem jest to temat, który do dziś budzi duże kontrowersje i nie spotyka się powszechnie ze zrozumieniem.

Wreszcie następuje rok 1945. Końcówka wojny, po ewakuacji miasta w domach zostaje ok. 10-12 tys. Niemców. Nadchodzi moment, na który wszyscy czekają. Wielka szansa na przełamanie tabu i pokazanie na dużym ekranie tragedii tamtego czasu. Tak się jednak nie dzieje. Konrad Korzeniowski wspomina o paru raptem incydentach, gdzie kobiety padły ofiarą żołnierzy Armii Czerwonej - 1 Polka i 1 Niemka. Jeden ze świadków wspomina, że wywożono ich do Gliwic i potem część trafiała na Zachód, a część na Syberię. Wygląda to zupełnie tak, jak gdyby „śmierć wyspy” polegała na tym, iż tutejsi Niemcy po prostu wyjechali. Prawdziwy obraz tamtych wydarzeń pozostał nieodkryty przed widzami. Nie było słowa o samobójstwach, które popełniały całe rodziny w obawie przed ich losem w rękach Sowietów. Nie było słowa o powojennych polskich obozach pracy, w których przetrzymywano tutejszych Niemców, wraz z Ukraińcami oraz Polakami, którzy sprzeciwiali się komunistycznej władzy (wspomniały o tym dopiero głosy z publiczności podczas dyskusji). Nie było słowa o dialektach, które nieodwracalnie zniknęły, o lokalnej kulturze, strojach, muzyce. Całość została mocno spłycona do… po prostu opuszczenia swoich domów.

Tu film się urywa. Urywa na niewypełnionej niczym pustce, która właściwie jest zachętą, by każdy oglądający sam zaczął szukać i odkrywać kolejne trudne karty tej historii. Pozostaje duży niedosyt, jednak trzeba mieć też świadomość tego jak ta produkcja powstawała, kto ją tworzył oraz jakie było finansowanie. Biorąc pod uwagę, że odpowiedzialni za to byli amatorzy, nie było konsultacji historycznej, a fundusze ograniczały się do wspólnych zrzutek, wynik ich pracy budzi szacunek.

W filmie jest dużo braków. Często występują ogólniki, narracja wydaje się być bardzo polonocentryczna. Bardziej zaangażowani w przeszłość miasta z pewnością mogą doszukać się większej ilości niedociągnięć, których w tej recenzji zabrakło. Nie o to jednak chodzi, gdyż produkcja ta, choć ma formę dokumentu, nie jest filmem historycznym. Wspomnianych elementów brakowało, co jest wielką szkodą dla produkcji. Niewątpliwie byłaby dzięki nim ciekawsza, zdecydowanie zmieniłaby obraz bielskich Niemców, który od końca wojny jest utrwalony w głowach większości. Tak się nie stało, a osobiste przeżycia, których wszyscy z zapartym tchem oczekiwali, nie przedstawiono. Do wielu ludzi pomysłodawcy nie dotarli, film nie posiada właściwego końca, zabrakło Niemców, którzy do dzisiaj w Bielsku mieszkają. Nie ma też konkretnego opisu roku 1945. Tytułowa „Śmierć wyspy” gdzieś po prostu umknęła i właściwie została zrzucona na dalszy plan.

Mimo powyższego, całą ekipę Dariusza Tomalaka należy pochwalić. Film ten jest solidnym kijem w mrowisko, który otwiera pole do szerokiej dyskusji, na co najmniej kilku płaszczyznach. Pojawiły się słuszne głosy nt edukacji regionalnej w szkołach. Pojawiły się głosy nt pogłębienia zagadnień poruszonych przez twórców. Pojawiło się także zapotrzebowanie na ciąg dalszy tej „urwanej” produkcji. Wysiłek filmowców wzbudza podziw. Spędzili oni jako amatorzy długie lata nad dopieszczeniem swojego dzieła. Odbyli liczne spotkania, wyjechali do Niemiec w poszukiwaniu dawnych mieszkańców. Za to wszystko należy im się olbrzymi szacunek. Film polecam, naprawdę warto go obejrzeć jako wstęp do czegoś większego. Niewątpliwie wymaga on pewnego zaplecza historycznego wśród widzów, przez co narracja mogłaby być nieco jaśniejsza. Z całą pewnością odradzałbym obejrzenie filmu i zachowanie wrażeń dla siebie. Przedstawiony obraz jest na tyle niepełny i tak zakrzywiony, że niestety nie można oprzeć na nim swojej opinii na temat przeszłości.

Wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego dzieła szczerze dziękuję. To bardzo budujące, że udało się dotknąć tak trudnego tematu. Olbrzymim sukcesem jest zapełnienie 6 sal kinowych już na dzień premiery. Całej ekipie filmowej życzę powodzenia i dalszych sukcesów. Jest to kamień milowy w temacie, do którego bielska społeczność na pewno dojrzała. Zainteresowanie filmem świadczy zresztą o tym najlepiej. Jeśli uznać, że produkcja miała na celu przykucie uwagi lokalnej społeczności, stworzenie wstępu do trudnej dyskusji o przeszłości miasta, utworzenie podstaw do dalszego pogłębiania naszej wiedzy w tym zakresie i rozpoczęcie odkrywania jasnych kart przeszłości bielskich Niemców to zasługuje na piątkę z plusem. Z wypowiedzi samego reżysera tak właśnie wynikało, co odbieram za dobry znak i liczę, że Bielsko poprzez tą produkcję uzyska więcej kolorytu, dzięki dumie mieszkańców z przeszłości miasta - przeszłości polskiej, żydowskiej i też tej niemieckiej.
Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z tematu "Kino Helios" podaj

Reklama

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu bielsko.info zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.

Kino Helios

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z tematu "Kino Helios" podaj