Wiadomości
- 9 czerwca 2026
- wyświetleń: 1280
„Panienki od Bielska” i szczotka za chleb. Nieznane karty heroizmu w cieniu Auschwitz
28 maja w Atrium Parafii św. Jana Chrzciciela w Komorowicach odbyło się niezwykle poruszające spotkanie, współorganizowane przez Stowarzyszanie Komorowice, z prof. Andrzejem Linertem, autorem najnowszej książki odkrywającej nieznane karty lokalnej historii. Wzbogacone o równie piękną, osobistą relacje ks. Jacka Pędziwiatra, wydarzenie rzuciło nowe światło na odwagę mieszkańców naszych okolic w najczarniejszych latach II wojny światowej.

Profesor Andrzej Linert to postać, której bielszczanom przedstawiać nie trzeba. Znany i zasłużony dla kultury naukowiec, laureat nagrody Ikar, przez lata przybliżał nam głównie historię sztuki scenicznej, w tym w fundamentalnej, benedyktyńskiej wręcz monografii Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Jego badawcze drogi dotykały jednak czasem innych tematów, m.in. wojennych losów teatru (m.in. w opracowaniu „Ludobójstwo i teatr”), by ostatecznie dotknąć historii najbardziej osobistej i przejmującej. Książka „Z pomocą więźniom KL Auschwitz. Z Komorowic pod Bielskiem do Brzeszcz-Boru” to opowieść o jego własnej matce i niezwykłym środowisku, z którego się wywodziła.
Bohaterki z Komorowic i niewidzialna sieć wsparcia
Matylda Linert (z domu Pikoń), mama profesora, była postacią znaną wielu pokoleniom mieszkańców Komorowic. Ta szanowana nauczycielka, której imię nosi dziś jedno z lokalnych rond, skrywała jednak w swoim życiorysie kartę iście heroiczną. W czasie okupacji, wraz z grupą koleżanek - m.in. Heleną Kraus, Jadwigą Błotko czy Anielą Puczką - zaangażowała się w potajemne dożywianie i pomoc więźniom obozu koncentracyjnego, którzy to, nie znając ich nazwisk, nazywali je pieszczotliwie „Panienkami od Bielska”.
Sytuacja osadzonych była dramatyczna - nieludzkie warunki obozowe i dzienna racja żywnościowa, składająca się m.in. z imitacji kawy, rozwodnionej zupy z brukwi i kawałka chleba, dostarczała więźniom ledwie od 800 do 1000 kilokalorii. Kobiety zbierały więc żywność, ciepłą odzież i leki, a następnie transportowały je do wyznaczonych punktów kontaktowych, m.in. do domu Anny i Józefa Moroniów w Brzeszczach-Borze. Dom ten, usytuowany w bezpośrednim sąsiedztwie strefy obozowej, stanowił kluczową skrytkę, w której narzędzia pracy przechowywali więźniowie wykonujący roboty melioracyjne i wałowe.
Skala i determinacja ich działań były niewyobrażalne, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, że wszystko to działo się w czasie, gdy za wszelką pomoc groziła zsyłka do obozu lub śmierć. Z tym gigantycznym ryzykiem mierzono się każdego dnia.
Jednak odwaga tych kilku młodych kobiet nie wisiała w próżni. Ich misja nie miałaby szans powodzenia bez wsparcia i współpracy całej komorowickiej społeczności. To niewidzialna sieć ludzkiej solidarności - przymykający oko piekarz, sąsiad odstępujący kartki żywnościowe lub części własnych zapasów, mieszkańcy ufający sobie nawzajem - tworzyła fundament, dzięki któremu żywność, ciepła odzież i leki mogły w ogóle zostać zebrane i bezpiecznie trafiać do wyznaczonych punktów kontaktowych. W tę pomocową sieć wpisywali się również zaufani lekarze, potajemnie wypisujący na fikcyjne nazwiska recepty, które następnie realizowała Matylda Linert. Przeznaczała ona zresztą na ten cel własne oszczędności z pracy nauczycielskiej, co doskonale pokazuje, jak ogromnych poświęceń wymagała organizacja tego wsparcia ze strony każdego z zaangażowanych.
Sama Matylda w 1943 roku cudem uniknęła aresztowania przez Gestapo podczas jednej z dostaw. Kiedy po wypakowaniu i ukryciu żywności w piwnicy u państwa Moroniów odpoczywała w mieszkaniu, nagle weszli tam zaprzyjaźnieni więźniowie w towarzystwie nieznanego jej kapo. Gdy odezwała się do niego po niemiecku, mężczyzna obdarzył ją na tyle wrogim i podejrzliwym spojrzeniem, że przerażona kobieta wykorzystała chwilę zamieszania i chyłkiem uciekła z domu aż na stację w Jawiszowicach. Kapo natychmiast zaalarmował władze obozu, a na miejscu błyskawicznie zjawili się na koniach uzbrojeni strażnicy. Zrewidowali dom, odnaleźli zapasy i aresztowali Annę Moroń, która jednak podczas brutalnego śledztwa nie wydała nikogo ze wspólników.
„1942 Oświęcim dar za chleb obóz”
Ubiegłotygodniowe spotkanie, znakomicie poprowadzone przez Janusza Legonia w towarzystwie samego autora, przyniosło jeszcze jedno, niezwykłe postscriptum, pokazujące, że opór i człowieczeństwo przybierały zaskakująco podobne twarze. Obecny na sali ks. Jacek Pędziwiatr podzielił się bowiem historią swojego ojca, pięknie uzupełniającą losy rodziny Linertów.
Otóż, ojciec księdza, który miał w czasie II wojny światowej zaledwie kilkanaście lat, jako przymusowy robotnik został wysłany na kurs spawacza, by pracować przy budowie infrastruktury w zakładach IG Farben w Dworach. Ramię w ramię z nim pracowali więźniowie w pasiakach. Choć jakiekolwiek rozmowy były surowo zakazane pod groźbą śmierci, „mały Józik” codziennie przynosił z domu kromkę chleba, którą ukradkiem wciskał w wyznaczone skrytki pod kamieniami. Pewnego dnia jeden z więźniów odwdzięczył się chłopcu, przemycając dla niego drewnianą szczotkę do ubrań o sztywnym, czarnym włosiu. Na jej boku wyryty został - może nawet tym samym tuszem, którym tatuowano numery na obozowych przedramionach - napis: „1942 r Oswiecim dar za chleb - Obóz”.
Przez dziesięciolecia ta sama szczotka leżała w szufladzie w domowym przedpokoju, nie zdradzając swojej wielkiej historii. Wczoraj ks. Pędziwiatr przyniósł tę bezcenną relikwię tamtych czasów i zaprezentował ją zgromadzonym.
Naród o wielkim sercu
Dziś, osiem dekad po zakończeniu II wojny światowej, tego typu relacje nabierają priorytetowego znaczenia. W dobie, gdy do przestrzeni publicznej przenikają zafałszowane lub wydumane informacje, próbujące wrzucić całe polskie społeczeństwo do szuflady z napisem „naród sprawców”, historie takie jak te opisane teraz z Komorowic, Oświęcimia czy Brzeszcz (a przecież znamy podobne przykłady bohaterstwa też choćby i z pobliskiego Lipnika, Żywca, a nawet dalszego Podhala) stawiają tego typu aktywnościom potrzebny i rzeczowy opór.
Ukazują one, że charytatywna działalność nie była jedynie odosobnionym zrywem kilku osób, wyabstrahowanym z biernego otoczenia. W ten łańcuch dobrej woli wciągnięte były całe społeczności - od kogoś, kto w lokalnej piekarni sprzedał bochenek bez wymogu pokazania kartek, przez osobę organizującą dyskretny przewóz, aż po tych, którzy wypiekali chleb we własnych piecach i przekazywali go dalej.
Wydobywanie takich historii na światło dzienne nie oznacza wybielania czy ukrywania haniebnych przypadków zachowań jednostek. Służy jednak ukazaniu właściwych proporcji. Dowodzi niezbicie, że oblicze naszego społeczeństwa w czasie największej próby definiowały postawy takie, jakie reprezentowała bohaterska Matylda Linert, wspierający ją sąsiedzi i tysiące podobnych im, cichych bohaterów.
Historyczne ciekawostki
Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z tematu "Historyczne ciekawostki" podaj
Gorący tematBielskie mury miejskie we wspomnieniach doktora Kaluzy
Przedwojenne zawody motocyklowe w Bielsku na archiwalnym filmie. Wyjątkowy materiał trafił do sieci
„Panienki od Bielska” i szczotka za chleb. Nieznane karty heroizmu w cieniu Auschwitz
Zmarł Stanisław Janicki, legenda polskiego kina. Pochodził z Czechowic-Dziedzic
Gorący tematHistoryczne ciekawostki: Konie w centrum miasta?
55 lat temu z bielskich ulic zniknęły tramwaje. Dziś znów "wprawiliśmy" je w ruch
Gorący tematHistoryczne ciekawostki: Gothia - tajemnica Kamienicy
Historyczne ciekawostki: Spór o teatr?
Komentarze
Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu bielsko.info zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.











